Nadziwić się nie mogę swej duszy tajemnicą


Własnego kapłaństwa się boję, Własnego kapłaństwa się lękam
I przed kapłaństwem w proch padam, I przed kapłaństwem klękam
W lipcowy poranek mych święceń. Dla innych szary zapewne –
Jakaś moc przeogromna.Z nagła poczęła się we mnie
Jadę z innymi tramwajem – Biegnę z innymi ulicą –
Nadziwić się nie mogę. Swej duszy tajemnicą

Ten wiersz ks. Jana Twardowskiego niech będzie mi pomocą bo niezmiernie trudno jest wyrazić w kilku zdaniach to co dokonało się we mnie przez te ostatnie dni ukoronowane święceniami kapłańskimi, które miały miejsce 5-go lipca 2003 w Bazylice Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach. Czasami mam wrażenie, że te dwadzieścia kilka lat mojego życia zmierzało do tego dnia, do tej chwili kiedy to z ust biskupa popłynęły słowa modlitwy konsekracyjnej. Kapłaństwo w końcu stało się teraźniejszością, która wcale nie boi się spojrzeć w przyszłość.

Plany – jeszcze nie konkretne, nazwałbym je raczej wzniosłymi myślami, próbą określenia głównych idei, choć może się wydawać, że jest w nich już wystarczający realizm. Potrzeba chyba jednak jeszcze trochę czasu bo z czasem myśl się upraszcza i szlachetnieje, oczyszcza i dojrzewa. Jednak mogę już powiedzieć z pewnością i radością, że za dwa miesiące wyjeżdżam do ukochanej Afryki, a dokładnie do Togo na zachodnim wybrzeżu tego kontynentu.

Tymczasem delektuje się zachwytem nad kapłańską misją, nad niezwykłością materii, w której porusza się ksiądz. Wobec Boga mówi o człowieku. Wobec człowieka mówi o Bogu.

Lata formacji i doświadczeń w drodze ku kapłaństwu misyjnemu uświadomiły mi jak trudno jest mówić Bogu o tylekroć powtarzającym się ludzkim błądzeniu. Jak trudno stawać przed Bogiem w imieniu innych, tych, którzy nie mogą i jeszcze tych, którzy nie chcą… Trudno jest mówić ludziom zadowolonym z siebie, którzy stracili ostrość widzenia, że ktoś ich szuka gdy oni wciąż pozostają na to obojętni. Trudno jest mówić ludziom rozczarowanym, że ktoś w nich pokłada nadzieję gdy oni sparaliżowani są bólem… I jeszcze jakby tego nie było dosyć ponad wszystkim unosi się uporczywa myśl o własnej ludzkiej i kapłańskiej słabości zawarta w niepokojącym pytaniu: Czy to wszystko, co mogłem zrobić?

Jako ksiądz, misjonarz w przeciwieństwie do innych profesji nigdy nie będę mógł powiedzieć, że jestem fachowcem. Bo od czego ksiądz mógłby być fachowcem? Od nawracania? Od modlitwy? Od kazań? Pragnę jedynie by w każdej z tych sytuacji wszystko uzależnić od Bożej łaski i Bożego Miłosierdzia, któremu zawierzyłem. Bo przecież pouczając sam niejednokrotnie będę potrzebował pouczenia, pomagając sam będę potrzebował pomocy, rozumiejąc innych sam będę szukał zrozumienia i przyjmując sakrament kapłaństwa nie przestanę być człowiekiem.

Dziś po stokroć jestem wdzięczny Panu Bogu, za to że zaszczepił we mnie swą miłość i powołanie misyjne nieustannie je pielęgnując. Wszystkich zaś proszę o modlitwę w mojej intencji by całe moje życie było najszczerszym wyrażeniem radości i wdzięczności z tego niezwykłego daru, którego tajemnicę przyjdzie mi wkrótce odkrywać na afrykańskiej ziemi.

Ks. Łukasz Kobielus sma